Test kultowego różu Bourjois

Cześć dziewczyny!

Kilka z Was pisało do mnie z prośbą, abym przetestowała róż z Bourjois. Zrobiłam to z miłą chęcią i sama się sobie dziwiłam, że nie wpadłam na to wcześniej, bo jestem jego posiadaczką od kilku lat. Nie dziwię się Waszemu zainteresowaniu tym kosmetykiem, bo od dłuższego czasu uchodzi on za kultowy produkt w tej dziedzinie. I powiem Wam już na początku, że jest to zasłużony tytuł. No, ale przejdźmy do rzeczy.

Tradycyjnie zacznę od podstawowych informacji. Dobrą nowiną jest jego dostępność, bo kupicie go chyba w każdej drogerii. Ale niestety w parze idzie gorsza wiadomość, jaką jest cena. Za 2,5 g musicie zapłacić około 50 zł. Ale polecam czekać na promocje, wtedy można go upolować za 30-40 zł. Chociaż powiem tak szczerze, że jeśli porównacie wydajność z wydatkiem, to okaże się, że róż wcale nie jest taki drogi. Bez ściemniania – on się w ogóle nie kończy. Ja swój kupiłam jeszcze w starej wersji i jest go ponad połowa. Zresztą już na opakowaniu zobaczycie, że jego termin ważności wynosi 18 miesięcy, więc jest to dobry wynik.

Wizualnie pudełeczko mnie nie zachwyca. To zwykłe, plastikowe, okrągłe opakowanie. W środku oprócz kosmetyku znajdziecie lusterko i pędzelek. Ale od razu Wam powiem, że nie nadaje się on do nakładania różu. Jest zbyt ścięty. Ale ja znalazłam dla niego inne zastosowanie. Wypróbujcie go do konturowania twarzy bronzerem. W tym sprawdza się idealnie. Ja mam odcień 34 – rose d’or, ale Wy możecie wybierać z 16 dostępnych barw. Ale radzę uważać na te kolory, które wpadają w brąz. Mogą czasem wyglądać bardziej jak bronzer, a nie róż.

O samej aplikacji nie ma chyba co pisać, bo każda wykonuje ją na swój sposób. Jedynie mogę powiedzieć, że konsystencja różu jest dosyć twarda, więc nabranie go na pędzel nie jest takie łatwe, ale dzięki temu nie ma szans, żeby przesadzić z kosmetykiem, za to łatwo się stopniuje intensywność koloru na policzkach. Co do trwałości, to ja jestem zadowolona. Cały dzień pozostaje na skórze i się nie ściera.

Będąc w drogerii dobrze przyjrzyjcie się różowi, a zwłaszcza temu, jakie ma wykończenie. Ja mam wersję matową bez żadnych drobinek, ale są dostępne także warianty satynowe i świetliste. Osobiście używałam też tych drugich, ale jak dla mnie były zbyt połyskujące. Wyglądają trochę jak nałożone na mokro. Jeśli macie w swojej kolekcji wersje satynowe, to dajcie znać, jak się sprawdzają. Jestem bardzo ciekawa .

Bez owijania w bawełnę: polecam Wam róże Bourjois! Jestem pewna, że lepszych nie znajdziecie na rynku. Ja ich nie zamienię na żadne inne!

author

Redakcja - Bożena Rycińska

Autorka sekcji powiązanych z makijażem, trendami w kosmetologii. Zapalona fanka kuchni wegańskiej, na co dzień zajmująca się stylizacją oraz wizażem która na bieżąco stara się poszerzyć swoją wiedzę i zdobyć nowe umiejętności właśnie w dziedzinie kosmetyki.